Madeleine kroczyła dziarskim krokiem pośród śmierdzących rynsztoków, dla których to opuściła swój ukochany domek pośród uroczej bukowy. Od dłuższego czasu delektowała się pustelniczym życiem poza wszelkimi pokusami doczesnego świata, a pamiętała przecież ten słodki czas, kiedy za młodu polowała na obrzeżach traktów handlowych, kiedy byle szajka rozbójników łupiła królewskie karoce, kiedy ona była hersztem jednej z takich szajek. Jaskrawo ubrana czarnulka, w długich skórzanych butach i drapieżnym błyskiem w oku, tak o niej mówili Ci, którym udawało się przeżyć. Zanim którykolwiek z tych zidiociałych pazi oderwał od niej wzrok było już po wszystkim, a głowa i broczący posoką korpus głucho upadały na ziemię. To było jeszcze nie tak dawno przecież, więc dlaczego ona czuła się za stara na takie igraszki? Dlaczego nie potrafiła się dostosować? Po kiego czorta znowu pchała się wśród ludzi?! Oczywiście miała alternatywę, mogła wciąż gnić na jakimś pustkowiu, w ramionach dawno zmarłego mistrza, który tylko od czasu do czasu spojrzał na nią zrozpaczonym wzrokiem, który tylko od czasu do czasu pogładził ją po policzku po to jedynie, by po chwili znowu wpatrywać się w nicość. Och jak on ją kochał, tę swoją dziwkę, która zamiast zająć się rodzeniem dzieci i haftowaniem wymyśliła sobie, że będzie tropić i zabijać zagrażające ludzkości stworzenia oraz odzyska dobre imię rodziny. Jej krewni muszą się teraz w grobie przewracać... Ona nawet nie ma już nawet spróchniałych kości, spalona na pył i rozwiana przez wiatr. Kolejna legenda. Spisana na straty, a jednak wciąż żywa. Żywa w oczach Matheo, bo on czeka, aż jego Inez wróci, aż znowu przyjdzie do niego i przylgnie całym ciałem... Madeleine czeka wraz z nim do diaska! Na fantoma, którego pomogła zabić. Decyzji nie da się cofnąć, a Matheo, który miał być tylko jej, umarł wraz ze swą ukochaną, czeka na koniec.
-Patrz gdzie idziesz! - Wydarła się na przechodnia, który naruszył jej przestrzeń osobistą, wrzucając ją swoim wielkim cielskiem w błoto - Coś pan narobił!?
- Witaj Mad, czy aby nie za późno na spacery? Ciemno, zimno, a ty moja śliczna sama się tu włóczysz.
Wystarczyło jedno tylko spojrzenie, aby wydedukować, że owy niefortunny przechodzień to nikt inny, jak słynny samiec-alfa Lupus. Oczywiście nie brak mu ogłady, więc podał jej "pomocną" dłoń, aczkolwiek ona jej nie przyjęła. Zgrabnie jak na obecne możliwości podniosła się z kałuży i oszacowała starty, bardzo prawdopodobne, że jej płaszcz nie wyjdzie z tego cało, a przecież tak go lubiła. Obróciła się w stronę sprawcy owej dewastacji.
- Wielka niespodzianka kundel w ludzkiej skórze, cóż to Wiktorze, zachciewa Ci się kogoś ciepłego tej nocy? Od kiedy to w tak nietaktowny sposób zagarniasz wielbicielki?
Oczy chłodne jak lód, drapieżny ton i zadarta głowa taką Mad zapamiętał i taka Mad będzie mu potrzebna, ale niech toczy się gra słów.
- O kochana nawet jeżeli, to o wiele ostrożniej wybieram partnerki, albowiem nie chciałbym obudzić się rano ze świeżymi śladami na szyi i truchłem pijawki w czystej pościeli obok.
Suczy syn, co on sobie wyobraża? Ten odór, który od niego bije nie pozwoliłby zbliżyć się do niego nawet na odległość wyciągniętego ramienia. W co on pogrywa?
- Nie musisz się martwić na zapas, nie gustuję w psach.
- Nie musisz w nich gustować, aby wchodzić z nimi w układy.
- Czy to jakaś tandetna sugestia? Nie przywykłam do waszych pseudo arystokratycznych gierek, więc bez owijania w bawełnę, o co chodzi?
- Wieczór jest chłodny, a ty moja śliczna Mad całkowicie przemokłaś, mniemam więc, że nie pogardzisz ciepłym kątem, nawet w mojej lichej psiarni. Zapraszam na kubek czegoś mocniejszego przy kominku, czy uczynisz mi ten zaszczyt?
Licha psiarnia ha! Jego rezydencja?! Przy niej domek w lesie można nazwać barakiem, ale niech mu będzie, bez dachu nad głową nie wytrzymałaby tu zbyt długo, poza tym paskudna dziś noc.
Nastrój:
tagi: